Pudelsi i IRA na DVD

Marcin Babko (15-12-2004 19:02)

Właśnie ukazały się dwie płyty DVD gwiazd polskiego rocka. Obie wyreżyserował Paweł Bogocz, reżyser z Będzina
Artykuł archiwalny; Katowice
Gazeta.pl- Metroon

Bogocz najpierw znany był jako najbardziej zapracowany twórca teledysków w naszym kraju, ostatnio jako jeden z bardziej utytułowanych. Zaczęło się od obrazu do ubiegłorocznego przeboju Pudelsów "Wolność Słowa", który Bogocz zarejestrował w studiu emisyjnym Telewizji Katowice. Teledysk dostał statuetkę Fryderyka, a Maciej Maleńczuk, wokalista grupy, nagrodę Yacha za najlepszą kreację aktorską. Sam Bogocz dostał za ten klip trzy nominacje (za teledysk, reżyserię i do Grand Prix). Sypnęło też nominacjami za surrealistyczne prace z zespołem Pogodno oraz do spółki z operatorem kamery - Adamem Sikorą - za najlepszą scenografię (do klipu Jose Torresa).

Na DVD Pudelsów "Wolność Słowa" nie mogło zabraknąć utworu tytułowego. Bogocz zrealizował teledyski do większości utworów, a także nagrany w katowickiej galerii Szyb Wilson recital, na który składają się utwory z albumu. W koncercie uczestniczyli też muzycy sosnowieckiej grupy Skankan. Wplecione są tu też sceny kręcone na Śląsku - Maleńczuk w towarzystwie dwóch aktorek z Teatru Rozrywki przechadza się nocą po chorzowskiej estakadzie. Wszyscy ubrani w erotyczne, mocno wyzywające ciuszki. Kolejny regionalny akcent to postać Falona, wokalisty jastrzębskiej grupy Psy Wojny, który wdzięczy się do kamery w utworze "Kocham się". Jest tu też teledysk do wyróżnionego na festiwalu opolskim utworu "Dawna Dziewczyno". Za ten obraz Bogocz dostał nagrodę w kategorii scenariusz roku na kolejnej, tegorocznej edycji Yach Film Festival.

Od kilku lat Bogocz współpracuje też z grupą Ira. We wrześniu zeszłego roku muzycy poprosili go, by zajął się rejestracją koncertu w radomskim amfiteatrze. Wydarzenie było częścią jubileuszu 15-lecia zespołu. DVD z zapisem tego koncertu to ponad dwie godziny muzyki: przebojów Iry oraz coverów, m.in. AC/DC i Breakoutu. Pojawiają się goście, m.in. Zbigniew Hołdys i kwartet smyczkowy Strings. Koncert prowadzi Krzysztof Skiba. To jubileusz pełną gębą: z szampanem, tortem, fajerwerkami i odśpiewanym chóralnie "100 lat". Zwraca uwagę montaż całości: zrealizowany został nie w wozie transmisyjnym, jak zwykle robi się to w naszym kraju, ale ręcznie pocięty i poklejony na stole montażowym. - Praca trwała pół roku, ale dzięki temu koncert ogląda się jak teledysk, a nie jak transmisję telewizyjną TVP. Każda zmiana ujęcia dyktowana jest rytmem muzyki - podkreśla Bogocz.

Obie płyty już w sklepach.

Pudelsi, Wolność Słowa DVD, wyd. Warner

IRA, Live 15-lecie DVD, wyd. El Mariachi/BMG

· 





/Cytuje:

Pociągi pod specjalnym odorem

Krzysztof Skiba

Pociąg do wódki, pociąg do papierosów, pociąg do Zakopanego. Który z
wymienionych pociągów jest najbardziej szkodliwy? Oczywiście ten ostatni.
Podróżowanie wspólnie z Polskimi Kolejami Państwowymi to jak odwiedziny po
pijaku wesołego miasteczka.
Świat usług PKP zawiera w sobie wszystkie elementy atrakcji lunaparku.
Rozkład jazdy to beczka śmiechu, przed kasami jest diabelski młyn, na
peronach karuzela odjazdów, a sama jazda to wizyta w pałacu strachów.
Brakuje tylko strzelnicy, a ta bardzo by się przydała. Choćby po to, by
wystrzelać wszystkich tych, którzy są odpowiedzialni za to, że PKP świadczy
usługi na poziomie albańskim. Dla wyjaśnienia podam, że w Albanii jest jedna
linia kolejowa, a do wagonu wolno zabierać owce i kozy.
Latem ludzie mają wielki ciąg na pociągi. Brudne wagony wiozą nas w góry,
nad morze lub na zieloną trawkę. Co roku latem kolej już tradycyjnie podnosi
ceny biletów. Zdarza się, że ceny biletów podnoszone bywają także podczas
innych pór roku, ale podwyżki wakacyjne to odwieczny kolejowy rytuał. Tylko
naiwny może sądzić, że wraz z podwyżką coś na kolei się zmieni na lepsze lub
podniesie na wyższy poziom. Podnieść to można sobie bagaż do wagonu lub
tyłek do Warsu. Bilety są już tak drogie, że poza wakacjami kolej wozi
jedynie kolejarzy i powietrze. Innych nie stać. W jedynce zdarza się jeden
pasażer na jeden wagon. Stąd pewnie nazwa "jedynka".
Powiewem europejskiego standardu miały być pociągi Inter City. Wzorem linii
lotniczych w ramach biletu serwuje się tam poczęstunek. Historia tego
poczęstunku jest jak wzorcowy przykład upadku. Początkowo każdy pasażer
otrzymywał bułę z szynką lub serem do wyboru i coś do picia. Później (niczym
na łodzi ratunkowej) buła została wyparta przez pieczywo chrupkie i suchary.
Teraz podają jakiś chudy batonik i chusteczkę (pewnie na otarcie łez). Tylko
czekać, kiedy w repertuarze pojawi się chleb ze smalcem i więzienna kawa
zbożowa.
Zmienili się komuniści, zmienili się ludowcy, zmienili się muzycy rockowi,
zmieniła się moda kobieca i technologie produkcji asfaltu. Zmieniły się
pieniądze, programy partyjne i telewizyjne, zmienili się idole, bogowie i
herosi. Zmieniły się modele samochodów i modelki na wybiegu. Zmienili się
złodzieje, harcerze i bokserzy. Zmieniły się sklepy, szyldy, ulice i
podwórka. I tylko kolej (do jasnej cholery!!!) się nie zmieniła. Ostatni
relikt PRL, który oplata nas niczym Spider-Man siecią swych żelaznych
połączeń.
Jedyna klimatyzacja, jaka działa w większości pociągów, to otwarcie okna i
wysunięcie łba na zewnątrz. Smród kolejowy, jaki panuje latem w pociągach,
to zdecydowany król smrodów, który już dawno zdetronizował księcia łajno i
królewnę oborę. Dodajmy do tego obrazka wagonowych złodziei i naciągaczy
bezkarnie nabierających nas na jakieś niby-charytatywne krzyżówki, a
uzyskamy pełnię kolejowej oferty na wakacje.
Ja wiem, że za podżeganie do zbrodni grozi surowa kara. Niniejszym więc
wyjaśniam z wyprzedzeniem panu prokuratorowi lub pani prokurator, że ten
tekst ma formę satyryczną i jako taki nie może być traktowany poważnie. Tak
więc jeszcze raz satyrycznie namawiam pasażerów kolei do zastrzelenia
wszystkich urzędasów odpowiedzialnych za bałagan, chaos i burdel w PKP.
Strzelać można na wiele sposobów. Można strzelać z nosa, z byka lub z
rozpaczy. Co kto lubi, a komu kolej nie służy, temu miłych podróży!

/Koniec cytatu

Pozdrawiam


O miłości trudno powiedzieć coś oryginalnego. Znakomita większość rockowych "love songów" to stek głupstw i truizmów. W walentynki warto więc posłuchać tych artystów, którzy podchodzili do tematu niekonwencjonalnie i twórczo. A są tacy. Także tu, w Polsce.

Skupimy się na Polsce nie tylko z powodów patriotycznych. Tak się jakoś składa, że największy nawet frazes zaśpiewany po angielsku zawsze zrobi na nas lepsze wrażenie niż równie nieudana liryka w rodzimym języku. To szalenie utrudnia obiektywną ocenę. Mowa ojczysta jest jednak zdecydowanie bardziej obłaskawionym przez nas terytorium – tu możemy brylować i pokusić się o w miarę uczciwe wartościowanie. Skupimy się również tylko na muzyce rockowej, wychodząc z jedynie słusznego założenia, że ten gatunek to najbardziej autentyczny głos młodego pokolenia, poezja śpiewana jest nam estetycznie obca, a do tekściarskich talentów takich tuzów jak Osiecka, Młynarski czy Przybora nie dorośliśmy i póki co – dorastać nie mamy zamiaru. Niech się w tym pławią "w strasznych mieszkaniach straszni mieszczanie". My mamy swoich poetów.

Polscy rockmani – jak zresztą większość muzyków na świecie – uprawiają lirykę miłosną z podziwu godnym zaangażowaniem. Komu nie wychodzi, nie powiemy, niech stanie na tym, że mało komu i że Beata Kozidrak wciąż ma sporą konkurencję. Komu natomiast udało się osiągnąć poetycki sukces?

Naturalizm, czyli sama prawda o miłości

Jednym z najznakomitszych twórców rockowej poezji miłosnej w jej szlachetnej, naturalistycznej odmianie jest z pewnością Jarek Janiszewski z zespołu Bielizna. Tytuły jego najbardziej znanych dzieł mówią same za siebie, ot choćby: "Krótka przygoda z człowiekiem, który obiecywał wykładzinę podłogową", "Najbardziej fatalna para od czasów V2", czy "Prywatne życie kasjerki PKP". Wstrząsającym świadectwem talentu Janiszewskiego niech jednak pozostanie utwór "Kołysanka dla narzeczonej tapicera" z debiutanckiego albumu Bielizny pt. "Taniec lekkich goryli" (1990). Sympatia autora do bohaterów utworu wciąż robi olbrzymie wrażenie: "Kochaj go i patrz, jak kończy fotel. / Tapicerka może złączyć was. / Setki lat istotne były słowa. / Dla was będzie ważny mocny klej. / Śpij, nie mów nic. / Proste meble pozwolą wam żyć". Poeta nie epatuje własnymi doświadczeniami, przeciwnie – przygląda się światu, widzi miłość w jej najbardziej pospolitych przejawach i pisze o tym z taktem godnym najbardziej subtelnego etnografa.

Podobnymi umiejętnościami dysponuje także niejaki Ordynat Michorowski, czyli Andrzej Marek Michorzewski, tekściarz Kobranocki, z zawodu psychiatra. O twórczości Ordynata – podobnie jak w przypadku Janiszewskiego – wiele mówią już same tytuły jego piosenek: "Ela, czemu się nie wcielasz", "Westchnienia wielu żon funkcjonariuszy" czy "To wszy jej oczy wypiły". Za jego najlepszą piosenkę miłosną wypada uznać kawałek "Dałaś mi w brzuch tortowym nożem" z płyty "Sztuka jest skarpetką kulawego" (1988). Poeta opisuje uczucie tyleż prawdziwe, co niełatwe i obfitujące w budzące grozę kulminacje: "Dałaś mi w brzuch tortowym nożem / na imieninach u teścia. / Krew ma stworzyła na obrusie zorzę / i z wolna zastygła na cieście".

Talent miłosnego poety-naturalisty ma również Paweł Kukiz. Na albumie zespołu Piersi pt. "My już są Amerykany" (1993) umieścił piosenkę "Rodzina słowem silna". Niestety – z uwagi na dobro młodzieży musimy powstrzymać się przed cytatem. Przyjmijmy, że nikt tak udanie jak Kukiz nie utrwalił w polskim rocku miłosnej sceny o podobnie silnym natężeniu emocjonalnym i przejdźmy do następnej kategorii twórców.

Kpina, czyli o miłości z przymrużeniem oka

W opozycji do zaangażowanych społecznie naturalistów wypada postawić artystów, którzy posiedli umiejętność pisania o miłości z dowcipem i dystansem. Jednym z nich był z pewnością Rafał Bryndal, brat Jacka Bryndala, muzyka Kobranocki, swego czasu znanego jako Atrakcyjny Kazimierz. Pierwszy z Bryndali – dziś aktywny satyryk – wkładał w usta Atrakcyjnego Kazimierza m.in. takie wersy: "Więc kochaj, kochaj, kochaj, / a jak nie – to wynocha! / Jest tyle dziewcząt w mieście, / ja zaś atrakcyjny jestem". (utwór "Prawdziwa miłość, więc kochaj, kochaj, kochaj" z płyty "Prawdziwa miłość" z 1992 r.).

Z kabaretowym wcieleniem rasowego rockmana – a właściwie bluesmana – mieliśmy także do czynienia w przypadku Ireneusza Dudka. Co ciekawe, autorem tekstów piosenek Shakin' Dudiego był z kolei… rasowy punkowiec Dariusz Dusza. To właśnie on napisał pamiętny hit "Och, Ziuta" ("Złota płyta" 1995): "Och, Ziuta, pijany byłem, gdy przed ołtarz zaciągnęłaś mnie / Och, Ziuta, dlaczego się zgodziłem, tak żałuję, tak żałuję dziś…".

Innym twórcą, który z miłości uczynił temat do niefrasobliwych żartów jest wszechstronnie utalentowany Tymon Tymański. Na albumie z muzyką z filmu "Wesele" (2004) Tymański – jako Tymon & The Transistors – umieścił m.in. utwór "Widziałem cię z innym chłopcem": "Widziałem cię z innym chłopcem. / Widziałem cię ze sportowcem z AWF-u. / O nie! tak mi źle. / Jeśli mnie rzucisz, zła dziewczyno, / wykończy mnie siarczyste wino, / Yeah!".

Żartów tłumaczyć nie trzeba, więc ograniczmy się tylko do lakonicznego komentarza – o miłości nie na serio zwykli pisać artyści z pogranicza gatunków. Ich dowcip można więc potraktować zarówno jako formę ucieczki przed banałem rockowej liryki, z którą nie do końca się utożsamiają, jak i znacznie poważniejszy objaw młodzieńczej niedojrzałości – swego rodzaju eskapizm, desperacką dezercję w zgrywę w obawie przed uzewnętrznieniem poważniejszego zaangażowania.

Tego zarzutu z pewnością nie można postawić twórcom podejmującym temat miłości - ujmując rzecz eufemistycznie – nietrafionej.

Miłosne dezorientacje, czyli strzał zezowatego Amora

Dramat nieodwzajemnionego uczucia napędza wielu poetów rocka. Dramat uczucia skierowanego wobec osoby, która rewanżem nigdy nie będzie zainteresowana, bo płciowe krzyżówki zajmują ją w niewielkim stopniu, trafia do tekstów polskich piosenek niezwykle rzadko. Na tego typu wyznania stać tylko najodważniejszych.

I znów wypada tu zacytować Ordynata Michorowskiego. Piosenka "Trzymaj ręce przy Irence" (ponownie fantastyczny album "Sztuka jest skarpetką kulawego" Kobranocki) to szokująca szczerością konfesja mężczyzny, który wyjątkowo źle ulokował uczucia: "Poprosiłaś mnie o rękę, / Na pieniądze poleciałaś, / A kochałaś wciąż Irenkę, / Nie chcę więcej twego ciała".

Inny przykład – mniej subtelny, ale doskonale oddający tragizm sytuacji bez wyjścia to piosenka "Ona jest pedałem" Elektrycznych Gitar, która znalazła się na płycie "Na krzywy ryj" (1997). Tytułowy wulgaryzm nie powinien nam utrudnić uważnej percepcji tego niebanalnego tekstu, którego autorem jest również lekarz, neurolog Kuba Sienkiewicz (wpływ medycyny na polską muzykę rozrywkową zasługuje zresztą na osobne opracowanie). Zdezorientowany podmiot liryczny zapewne nie potrafi podejść do tematu delikatniej – jego prawo; zresztą 12 lat temu język dotyczący "tych spraw" dopiero się kształtował: "Ona jest pedałem. / Właśnie się dowiedziałem, / Że duszą i ciałem / Ona jest pedałem".

Sytuacje, gdy beztroski Amor trafia w osobnika tej samej płci, ale – wbrew rockowym standardom – nie jest to dla autora powód do złamania i depresji, wciąż niestety nie znajdują u nas opisów dostatecznie satysfakcjonujących odbiorcę. Możliwe, że jedynym takim utworem jest pieśń "Midnight Visitor" zespołu Acid Drinkers, pomieszczona na płycie "Vile Vicious Vision" (1994). Jednak w związku z tym, że to tekst po angielsku, nie będziemy poddawać go szczegółowej analizie. Poczekamy cierpliwie na inny coming out, oby nie mniej efektowny, ale – po polsku.

Patologia uczuć, czyli kij w oko pięknoduchom

Jak zdążyliśmy się przekonać, polski rock potrafi podejść do tematu miłości na wiele sposobów, niekoniecznie popadając przy tym w banał i grafomanię. Są twórcy, którzy z lubością epatują zaangażowanym naturalizmem, są tacy, co uciekają w lepszy lub gorszy dowcip, są również odważni kontestatorzy rockowych schematów. To wszystko jednak nic. Mamy bowiem i takich bardów rocka, którzy potrafią zaszokować publiczność śmiałymi wyznaniami daleko spoza granicy emocjonalnego ekshibicjonizmu.

Doskonałym przykładem takiej postawy jest tekst Krzysztofa Skiby "Wielka miłość do babci klozetowej". Piosenkę znajdziemy na debiutanckiej płycie Big Cyca pt. "Z partyjnym pozdrowieniem" (1990). Skiba zwierza się w niej ze swych najbardziej intymnych doświadczeń miłosnych: "Najlepsza na świecie / jest miłość w klozecie, / a każdy szalet / jest pełen zalet". Zdumiewająca odwaga tego wyznania i lakoniczny styl jego językowej realizacji budzi autentyczny szacunek. To wyjątkowy przykład na to, że o miłości można pisać na różne sposoby – także ryzykownie i wbrew oczekiwaniom pretensjonalnych estetów.

Tą drogą uparcie podąża inny rockowy wieszcz – Roman Kostrzewski. Twórczość tego mistrza słowa, przez lata znajdująca ujście w przebojach legendarnego metalowego Kata, obfituje w opisy najdrastyczniejszych aktów miłości. Cytaty można byłoby mnożyć w nieskończoność, dajmy tu jeden z najbardziej wymownych: "Spijam dziewczęcą krew błony dziewiczej. / Jak zagęszczony sok własnej czci. / Boli ten pierwszy raz, ale nie płaczesz. / Ciałem wstrząsa skurcz, wypełniony krzykiem dreszcz" ("Purpurowe gody"). Kostrzewski, choć trudno w to uwierzyć, posuwa się jednak o wiele dalej. Utwór "Łza dla cieniów minionych" (album "Bastard" 1992) można bowiem zinterpretować jako – uwaga! – jedyny bodaj w polskim rocku utwór opiewający rozkosze obcowania z martwą bogdanką: "Na dnie sarkofagu noc, czarna suknia. / Rozrzucam korale wspomnień. / Wtulona w włosów płaszcz, wonna rodnią swą…/ Teraz okryta snem. / Na wpół lodowata dłoń, zimne twe usta… A jeszcze nie dawno ogień tlił.. / Pamiętam rozkoszny wiatr, / masztem gnący sztorm… / Daję ci moją łzę…"

Po czymś takim naprawdę nie ma już nic do dodania. Czy ktoś z was jeszcze tęskni za poezją Beaty Kozidrak?

Źródło: muzyka.onet.pl

Już 18.10.2008r. (sobota)
w GOK (Gostyńskim Ośrodku Kultury) Hutnik wystąpi gwiazda "Dżem" :) o godzinie 20:00
Przed ich koncertem wystąpi Znana Kapela Rockowa z Gostynia "99%"

* 99% - Zespól powstał w 2006 roku więc nasza historia (opowieść) i przygoda z muzyką się zaczyna.
* Dżem - polska grupa muzyczna grająca rocka i blues. Zaliczana jest do najważniejszych zespołów w historii polskiej muzyki rockowo-bluesowej (blues rock). Nazwa zespołu pochodzi od jamu – zbiorowego muzykowania, improwizowania na zaproponowany temat, popularnego między innymi wśród zespołów grających jam rocka, jak np. Grateful Dead czy The Band. Polski zapis nazwy pojawił się – zupełnym przypadkiem kierującym ręką organizatorki jednego z koncertów – w roku 1974.

inf. http://pl.wikipedia.org/wiki/D%C5%BCem_(grupa_muzyczna)

Choć muzyczna Polska poznała Dżem na początku lat 80
i właśnie na ogół wtedy biorą początek jego biografie,
tak naprawdę korzenie grupy sięgają dużo, dużo głębiej.
Aż do roku 1973, kiedy to raczej niezobowiązująco grywali
ze sobą bracia Beno (gitara basowa) i Adam (gitara) Otrębowie,
Paweł Berger (piano) i Aleksander Wojtasiak (perkusja).
Grywali, a jeśli chodzi o trzech pierwszych,
to również podśpiewywali. W domach kultury,
klubach, na zabawach i potańcówkach. Takimi
zespołami post-bigbeatowa Polska usiana
była wzdłuż i wszerz.
I niewiele lub nic nie zmieniło dojście wokalisty (grającego na
harmonijce) Ryszarda Riedla. Bo zespół ani nie miał stałej bazy, ani
własnego repertuaru (na swoje potrzeby adaptując przeboje zachodnich
mistrzów w postaci Cream, Santany czy Stonesów właśnie), ani nawet...
nazwy. Dopiero gdy sytuacja zmusiła do zapełnienia wolnego miejsca
na plakacie, stanęło na nazwie Jam, bo na czymś stanąć musiało. A Jam wziął się od
jammowania. Polski zapis nazwy trafił się – zupełnym przypadkiem kierującym ręką
organizatorki jednego z koncertów – w roku 1974.
żem nie miał też jeszcze jednej rzeczy – stałego
składu mianowicie. Co dotyczyło (i długo dotyczyć będzie)
zwłaszcza funkcji perkusisty. Dość szybko odszedł
Wojtasiak, a jeszcze szybciej jego następca Wojciech
Grabiński. Co prawda przyszedł Leszek Faliński,
ale zmieniać się zaczęli też basiści - wkrótce zabrakło
Bena Otręby, za którego grywał Józef Adamiec. Kiedy
jednak Adamca zastąpił brat Leszka - Tadeusz
Faliński, to z kolei Adam Otręba chyba częściej niż
z Dżemem grywał z Kwadratem, a Berger przestał
grywać z Dżemem w ogóle. Po prostu skład tasował się nieustannie
Spośród tych, którzy doszli na przestrzeni lat, najważniejszy okazał
się Leszek Faliński. To on wraz z Riedlem stanowił wówczas
siłę napędową zespołu. To oni dwaj komponowali pierwsze oryginalne
utwory zespołu (można powiedzieć, iż własny program wykluł się
w lecie 1979 w mazurskich Wilkasach). To oni nalegali, by Dżem
wziął udział w festiwalu w Jarocinie. I postawili na swoim.
Dżem oficjalnie nie wygrał konkursu festiwalu Jarocin ’80
(wówczas noszącego nazwę I Przeglądu Muzyki Młodej Generacji),
ale okazał się największym odkryciem imprezy, zresztą nie tylko
w skali 1980 roku.
W Jarocinie zespół wystąpił w składzie
Riedel - Falińscy - Adam Otręba - Jerzy Styczyński (gitara).
Wszakże i ten skład nie utrzymał się długo, bo ledwie
do występu na imprezie Muzyka Młodej Generacji
towarzyszącej markowemu festiwalowi Pop Session.
To był po Jarocinie drugi najważniejszy występ
Dżemu w 1980 roku. To było również
pożegnanie z grupą braci Falińskich,
którzy przestali w nią wierzyć.
Ponownie zespół spróbował z początkiem 1981 roku –
i tym razem już nie skończyło się na zrywach.
Po pierwsze: nowy - stary skład Riedel - Otrębowie -
Berger - Michał Giercuszkiewicz (perkusja) - Andrzej
Urny (gitara) okazał się stabilny (tylko ten ostatni po pół
roku ustąpił miejsca Styczyńskiemu).
Po drugie: zespół znakomicie przyjął się na estradach,
wywołując aplauz na takich imprezach, jak Folk – Blues
Meeting, Rawa Blues, Jarocin (powrót już w roli gwiazdy, a przynajmniej gwiazdki),
Rock Na Wyspie czy Rockowisko. A w Jarocinie, na Rawie, na Muzycznym Campingu
w Brodnicy Dżem przez lata będzie stanowić główną atrakcję!
Po trzecie: zespół wreszcie zaczął nagrywać. Spośród sesji dla radia,
jakie wówczas zanotował, z pewnością najważniejsza jest ta, podczas
której muzycy nagrali piosenki „Paw” i „Whisky” – bo „Paw” stał się
pierwszym przebojem Dżemu, a „Whisky” z czasem przebojem
największym w całych dziejach grupy, po prostu standardem.
A spośród innych ówczesnych sesji wyróżniała się ta związana
z udziałem w śpiewogrze „Pozłacany warkocz”
Katarzyny Gaertner.
Singel „Paw” / „Whisky” wyszedł w roku 1982 i narobił
wiele zamieszania, niemniej Dżem jakoś nie mógł
dostać się do czołówki, zyskać poklasku mediów,
akceptacji włodarzy naszego show biznesu. Nie mógł
nagrać longplaya, a trudno było nawet z singlami
(drugi, „Dzień, w którym pękło niebo” / „Wokół sami
lunatycy”, wyszedł dopiero w 1984).
Spowodowało to spadek ilości koncertów,
rozluźnienie dyscypliny – tak że na przełomie
1982 i 83 Adam Otręba nad Dżem przełożył
granie w lokalach Bliskiego Wschodu, a Riedel zacieśniał kontakty
z wówczas znacznie wyżej notowanym Krzakiem .
Z pewnością jedną z przyczyn stagnacji i rozprzężęnia był brak
menadżera sprawnego i z kontaktami, które wtedy były jeszcze
ważniejsze niż dzisiaj. W każdym razie odkąd w 1984
(po Olsztyńskich Nocach Bluesowych) opiekę menadżerską
przejął nad grupą Marcin Jacobson, sytuacja Dżemu zmieniła
się radykalnie. Przede wszystkim zespół naprawdę zaczął
nagrywać coś więcej niż single...
aseta „Dżem”, nagrana w l984 na żywo na świnoujskiej FAMIE
(a od 92 wznawiana na płytach jako „Dzień, w którym pękło
niebo”), dziś – ze względu na nie zgrywany dźwięk – ma raczej
historyczne znaczenie, ale wtedy robiła wrażenie... samą swą
obecnością. Natomiast nagrany i wydany w 1985 roku album
„Cegła” to już ścisły kanon polskiego rocka,a przy okazji największy bestseller w dziejach
Dżemu. No bo przecież „Cegła” to greatest hits utwór w utwór – od nowej wersji „Whisky”
poczynając, zaś na kolejnym wielkim hicie, „Czerwonym
jak cegła”, kończąc. A jeszcze „Oh, Słodka”, „Jesiony”,
„Kim jestem”...
Jakby tego było mało, zespół dorzucił do puli kolejnego
singla – „Skazany na bluesa” / „Mała Aleja Róż”
(pierwszy z tych utworów dedykując Ryszardowi
Skibie” Skibińskiemu).
Rok 1985 był rokiem wyjątkowym również ze względu
na zagraniczne wyjazdy grupy – do Szwajcarii, Jugosławii
i NRD.
Zresztą w ogóle był to dla Dżemu wyjątkowy rok.
le o 1986 nie da się powiedzieć nic gorszego. Wielkie koncerty (jak
choćby ten w Jarocinie utrwalony we fragmencie filmu o polskim rocku
„My Blood Your Blood”) i takiż album – „Absolutely Live”, zarejestrowany
na żywo w krakowskim Teatrze STU. Tym razem muzycy sięgnęli głównie
po utwory starsze, z najwcześniejszego okresu własnej twórczości.
Wszystkie świetne, ale trzy wyjątkowe – „Niewinni i ja” bo to dzieło kultowe,
„Abym mógł przed siebie iść” bo to tekst-manifest programowy Riedla, „Poznałem go po
czarnym kapeluszu” bo to jedna z koncertowych wizytówek do dziś. A albumowi towarzyszył
(wydany co prawda dopiero w 1987) singel nagrany na tym samym koncercie –
„Człowieku co się z tobą dzieje” / „Czerwony jak cegła”. „Człowieku co się z tobą dzieje”
zaświadczyło o udanym flircie z funky.
Jeśli coś było w roku 1986 niedobrego, to tylko wyodrębnianie się
w zespole „frakcji narkotykowej” w osobach
Riedla i Giercuszkiewicza. Właśnie na tym tle
doszło podczas nagrywania kolejnej płyty
do zmiany – Giercuszkiewicza na czas sesji
zastąpił Krzysztof Przybyłowicz, zaś potem
na stałe Marek Kapłon (najbardziej znany
z TSA).
Z ponurych narkotykowych powodów wokalista zaczął opuszczać
niektóre koncerty – to z własnej winy, to karnie odsuwany. Dlatego
w roku 1987 Dżem wyjątkowo często występował bez Riedla, za to
z Ireneuszem Dudkiem, Moniką Adamowską i – przede wszystkim
– z Tadeueszem Nalepą. Z tym ostatnim nawet na tak
prestiżowych imprezach, jak festiwal w Jarocinie, Rawa Blues
i prolog Jazz Jamboree.
Z Nalepą – „ojcem chrzestnym polskiego
bluesa” – Dżem także nagrywał. Ale nim
Polska poznała te nagrania, mogła
posłuchać kolejnych płyt Dżemu
z własnym wokalistą. Przede wszystkim premierowych utworów
zebranych na „Zemście nietoperzy” (głównie w stylu
blues-rockowym, wszakże w roli głównej reggae’owe „Naiwne
pytania”). Ale też pozycji koncertowej już numer trzy –
„Tzw. przebojów – całkiem Live”. Czyli świadectwa jak Riedel
śpiewa z... ostrym zapaleniem gardła.
To wielka wada, ale znajdzie się i zaleta - w postaci psychodelicznej wersji ”Jesionów”,
pokazujących ile zespół potrafi na nowo wycisnąć ze swoich dawnych kompozycji...
Listę płyt wydanych w 1988 uzupełnił singel studyjny z „Ostatnim ciężkim rokiem” i „Nie
jesteś taki jak dawniej” – ważny o tyle, iż właśnie na nim kończy się lista singli
sporządzonych z winylu. Natomiast longplay Dżemu z Nalepą – „Numero uno” – okazał
jednym z lepszych w post-Breakoutowym dorobku tego artysty, również dzięki towarzyszącym
mu instrumentalistom.
Pod koniec lat 80. Dżem zaczął coraz częściej pracować
z wokalistkami. Na transmitowanym równolegle w radiu
i telewizji koncercie pt. ”Dżem i Przyjaciele” śpiewała
z zespołem Małgorzata Ostrowska, w ZSRR (a dokładniej
mówiąc Leningradzie i Kazachstanie) – Martyna Jakubowicz.
To znów było świadectwo kłopotów, jakie ma Dżem
ze swoim właściwym wokalistą. To oraz album „The Band
Plays On...” zawierający utwory instrumentalne
(z „Karlusem” w roli głównej) przygotowane na wypadek,
gdyby Riedel nie stawił się na koncert.
Ale Riedel potrafił i utrudnić nagrania studyjne, czego
dowodem „Najemnik” – płyta z jednej strony
niedopracowana, ale z drugiej... klasyczna dzięki obecności
„Modlitwy III”, „Wehikułu czasu”, „Harleya”. 24 czerwca 1989, niedługo przed wydaniem
„Najemnika”, zespół dał w katowickim Spodku wielki koncert
z okazji swego dziesięciolecia.
Koncert z okazji dziesięciolecia otworzył, jak się okazało, cykl
urodzinowych imprez w Spodku, ale zamknął współpracę Dżemu
z Marcinem Jacobsonem. Nowym menażerem grupy został
Leszek Martinek. To nie był koniec zmian, bo wtedy - na przełomie
dekad i ustrojów - zmiany dotyczyły wszystkiego i wszystkich. Jeśli
chodzi o zespół zmiany miały charakter organizacyjny (powstała Spółka
Cywilna „Dżem”, czyli muzycy przeszli „na swoje”) tudzież personalny
– zmienił się, oczywiście, perkusista. Nowym został Jerzy Piotrowski
(najlepiej znany z SBB). Nagrany z Piotrowskim album „Detox” uchodzi
za wyjątkowe osiągnięcie grupy. To tu jest dramatyczny „List do M.”, tu jest hippisowski „Sen o Victorii”, tu jest oparty na świetnym riffie gitary „Jak malowany ptak”. Zresztą w tamtym okresie Dżem wyjątkowo pracowicie odrabiał fonograficzne zaległości. „The Singles” stanowi zbiór nagrań ze wszystkich małych płyt; „Wehikuł czasu – Spodek ‘92” stanowi zapis kolejnego urodzinowego koncertu w Spodku; „Ciśnienie” stanowi drugi po „Numero uno” album, na którym Dżem towarzyszy innemu artyście – Sławkowi Wierzcholskiemu mianowicie. A „Autsajder” to kolejna porcja nowych piosenek – z nawiązującą do „Whisky” ytułową oraz z monumentalną „Obłudą” na czele. Na „Autsajderze” zagrał kolejny... perkusista – Zbigniew Szczerbiński. Kolejny, ale już zamykający sztafetę
za Dżemowymi bębnami.
Nagrania, nagrania, nagrania – bo trzeba jeszcze
doliczyć sesję akustyczną z początku 1994 roku, która
zaowocowała najpierw płytą „Akustycznie”, a później
„Akustycznie – suplement”. Stare utwory zyskały
często nowy kształt dzięki zmianie aranżacji
i zaproszeniu licznych gości („Naiwne pytania”!).
Jednak obok nagrań koncerty, koncerty, koncerty...
Wymieńmy tylko Niech Świat Się Do Nich Uśmiechnie
na Stadionie Dziesięciolecia w Warszawie w 92 i trzeci
benefis w Spodku rok później.
Ale przecież bardzo dobrze było tylko na scenie... Bo na pewno nie ze
zdrowiem wokalisty. W 1994 zdrowie Ryszarda Riedla było już bardzo złe...
Zmarł 30 lipca.
Przyszłość Dżemu była wtedy bardzo niepewna.
Z myślą, że będą musieli spróbować pracować bez Riedla, instrumentaliści
oswajali się jeszcze za życia swego najsłynniejszego wokalisty. Wtedy
powstał pomysł konkursu. Konkursu, który wygrał Jacek Dewódzki, na dużej
scenie praktycznie debiutant. Wedle jednych kopia Riedla, wedle innych
oryginał... Na pewno ktoś, kto chciał i umiał śmiało stawić czoła legendzie.
Dewódzki zaczął od nagrania albumu „Kilka zdartych płyt”,
przyczyniając siędo przestawienia Dżemu na nowe, hardrockowe tory
(choć głównymi wizytówkami płyty okazały się jednak ballady „Zapal
świeczkę” i „Dzikość mego serca”).

Nowy wokalista prawdziwy chrzest przeszedł w Spodku uczestnicząc
– obok jedenaściorga gwiazd polskiej sceny (m.in. Jakubowicz,
Ostrowskiej, Nalepy, Czesława Niemena, Wojciecha Waglewskiego,
Krystyny Prońko, Ziyo) – we wzruszającym koncercie zorganizowanym
w wigilię pierwszej rocznicy śmierci Riedla, który to koncert został
udokumentowany trzypłytowym albumem „List do R. na 12 głosów”.
A potem mógł ponownie ruszyć koncertowy młyn. Odnowiony Dżem
zadomowił się w klubach, amfiteatrach i na festiwalach (takich jak
Przystanek Woodstock czy Węgorzewo). Przypieczętował to w 1997 album
„Pod wiatr” (z koncertowym przebojem „To tylko dwa piwa”), gdzie zespół
wrócił do form dłuższych i nastrojów posępnych.
Wyjątkowy – zresztą nie tylko w skali drugiej połowy lat 90. –
okazał sięrok 1998. Ze względu na to, że Dżem poprzedzał
na stadionie w Chorzowie samych Rolling Stonesów (dodajmy,
iż dwa lata wcześniej poprzedzał w Sopocie ZZ Top); ale też
ze względu na fakt, iż dał cykl koncertów – prekursorski w polskich
warunkach – z orkiestrą i chórem w przearanżowanym repertuarze
własnym. Udokumentowały to płyty „Dżem w Operze” (98) z piosenkami bardziej
przebojowymi oraz „Dżem w Operze 2” (99) z utworami rozbudowanymi; a „Dżem w Operze”
to przy okazji tytuł jedynej oficjalnej wideokasety w dorobku formacji.
Pomiędzy wydaniem obu płyt symfonicznych miał miejsce pierwszy
wyjazd zespołu do Stanów Zjednoczonych (do których muzycy powracali
potem regularnie).
Pewne echa symfonicznej przygody zabrzmiały na płycie „Być albo mieć
– ale tylko w sensie aranżacyjnym (wykorzystano instrumenty dęte i chórek
żeński), bo płyta niosła na ogół formy krótkie, lekkie (takie jak piosenka
tytułowa, chociaż w „Za plecami” wyraźnie zabrzmiało funky, a w „Na swoim
brzegu” powrócił blues). W okresie wydania „Być albo mieć” zespół nagrał
piosenkę „To ja, złodziej” do tak zatytułowanego filmu Jacka Bromskiego,
no i zadebiutował na festiwalu w Opolu - oficjalnie z okazji swojego dwudziestolecia.
Nowa dekada, nowy wiek i… nowy wokalista. Płyta „Być albo mieć” okazała się pożegnaniem z Dżemem Dewódzkiego. Zwłaszcza, że pojawił się ktoś, kto formułę mógł odświeżyć - Maciej Balcar. Ta zmiana wokalisty wywołała o ileż mniejsze emocje niż poprzednia. Również dlatego, iż trzeci wokalista tak przypomina pierwszego… A pierwszy duży koncert Dżemu z Balcarem miał miejsce na Tyskim Festiwalu Muzycznym im. Ryśka Riedla - imprezie, która stała się rokrocznym festiwalem Dżemu.
Nowy wokalista, ale długo stare utwory. Muzycy zwlekali z wydaniem nowej płyty, choć ciągle podsyłali do sklepów nowe tytuły. A to składankę (dopiero pierwszą w dorobku!) „Złoty paw” z popularnej serii Złota Kolekcja. A to DVD „Przystanek Woodstock 2003”, którego tytuł mówi wszystko (dokładnie tak jak tytuł „Przystanek Woodstock 2004”). A to wznowienia starych albumów - pojedynczo lub parami (seria „2CD w cenie 1CD”).
W lecie 2004 grupa po pojechała do tak ważnego muzycznie kraju, jakim jest Wielka Brytania, a wkrótce potem wyszła owa płyta z nowym materiałem - „2004”. Rzeczywiście nowym jeśli chodzi o stylistykę - jak w piosenkach popowo-soulowych „Nieproszony” i „Dzień świstaka”; choć Dżem przecież nie z tych, którzy wypierają się przeszłości - czego dowodem „Gorszy dzień” czy „W imię ojca”. A melancholijna ballada „Do kołyski” sprawiła, że po latach grupa znów miała przebój na listach.
Zwłokę przy wydaniu „2004” spowodowały kłopoty zdrowotne muzyków, które do szpitala sprowadziły najpierw B. Otrębę, a później Balcara. Cóż to jednak znaczy przy tym, co zdarzyło się pod Jaworznem rankiem 27 stycznia 2005. Bus, którym zespół wracał z koncertu w Rzeszowie, potrącony przez wyprzedzający samochód wypadł z szosy. Dla każdego był to wypadek bolesny, a dla
Pawła Bergera okazał się śmiertelny...
Może to tak musi być, że za taką muzykę trzeba co jakiś czas płacić cenę najwyższą?
W czym jak w czym, ale w stawaniu z powrotem na nogi Dżem ma wprawę. Przydała się - bo znów stanął. Pierwszym poważnym zadaniem składu z nowym klawiszowcem Januszem Borzuckim był cykl koncertów promujących wejście na ekrany „Skazanego na bluesa” - jedynego filmu fabularnego o polskim muzyku rockowym, Ryszardzie Riedlu oczywiście. W ten sposób koło się zamknęło. A potem zamknęło jeszcze w Zabrzu dokładnie w pierwszą rocznicę śmierci Bergera. Byli na koncercie pamięci pianisty goście z zewnątrz, był gość z nieodległej wprawdzie, ale jednak przeszłości - Dewódzki.
o przeszłość to dla weteranów rzecz ważna, choć nasi weterani mają jeszcze pewne plany na przyszłość…

inf. www.dzem.com.pl/

Mówi się o nich „polscy Rolling Stonesi”...
I faktycznie - coś w tym jest. Choćby
ze względu na źródła muzyki,
żonglowanie stylami, konsekwencję.
Ze względu na staż, pod względem
którego coraz mniej mają równych.
No i ze względu na skomplikowane,nie wolne od dramatów dzieje...
[ tekst - JAN SKARADZIŃSKI ]

inf. www.dzem.com.pl/

Mam nadzieje ze chociaz jedna osoba to przeczytaa xDD.

Licze ze wpadniecie na koncert :)

· 

Live Polska
Za najlepszą w Europie uchodzi polska publiczność rockowa Mogę odwołać koncert wszędzie, ale nie w Polsce" - mówi Max Cavallera, wokalista znanej grupy Soulfly. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że Cavallera miał tak wysoką gorączkę, iż powinien leżeć w szpitalu. A mimo to zagrał koncert w Warszawie. Muzyk tak lubi polską publiczność, że na koncertach (także poza Polską) występuje w koszulce piłkarskiej reprezentacji naszego kraju.

"Koncerty w Polsce przypominają granie w domu dla przyjaciół" - twierdzi Eddie Vedder, lider legendarnego amerykańskiego zespołu rockowego Pearl Jam. Vedder i Cavallera potwierdzają trzy prawidłowości. Po pierwsze, znanegrupy rockowe uważają polską publiczność za jedną z najlepszych (o ile nie najlepszą) wEuropie, a na świecie wymienia się nas obok bardzo cenionych Brazylijczyków, Japończyków i Meksykanów. Po drugie, chcą u nas grać artyści z muzycznej ekstraklasy. Po trzecie, Polska przestała być przez menedżerów najlepszych zespołów i wytwórnie płytowe uznawana za marginalny rynek.
- Kiedy przyjeżdżamy do Polski, czujemy się tak jak przed dwudziestu laty,gdy dopiero zaczynaliśmy być popularni na świecie. To był istny szał. W Polsce nadal tak jest - mówi "Wprost" James Hetfield, wokalista i gitarzysta zespołu Metallica. Ten fenomen ma co najmniej trzy źródła. Po pierwsze, polska publiczność ma wreszcie kontakt z prawdziwymi gwiazdami rocka i docenia to, manifestując entuzjazm na koncertach. To taka forma pokazania, że nie jesteśmy już muzyczną prowincją. Nie ma praktycznie miesiąca bez koncertu wielkiej gwiazdy w Polsce (w lipcu wystąpiła u nas megagwiazda U2). Po drugie, mizeria rodzimego rynku muzycznego sprawia, że gdy mamy do czynienia z klasowymi zespołami, po prostu cenimy jakość ich oferty. Po trzecie,działa tu sprzężenie zwrotne: muzycy głośno mówią (nie tylko w Polsce), jak cenią naszą publiczność, a ona im się odwdzięcza.

Polska i reszta świata
Gdy pojawia się w naszym kraju na przykład Depeche Mode, stadiony są pełne. Nic dziwnego, że członkowie tej grupy twierdzą, iż czują się u nas lepiej niż w rodzinnej Anglii (i są prawdopodobnie bardziej znani). Gdytrzy lata temu koncertowała w Polsce kalifornijska grupa Tool, jej muzycy byli zaskoczeni, że sprzedali w Polsce więcej płyt niż w Wielkiej Brytanii. W czasie koncertów w Warszawie i Krakowie wokalista Tool Maynard James Keenan był zdumiony, że duża część publiczności zna niełatwe teksty grupy. Podobnie czuł się Ray Wilson, ostatni wokalista Genesis, który w marcu tego roku grał koncert we Wrocławiu. - Byłem zdziwiony, że publiczność śpiewała ze mną teksty z mojej solowej płyty. To było niesamowite. Nie sądziłem, że polscy fani są tak oddani. - mówi "Wprost". Zespół Laibach podczas światowej trasy koncertowej jedynie do Polski zawitał dwukrotnie. Eddie Vedder, lider Pearl Jam, wspomina, że kiedy w 1996 r. zagrał w Polsce po raz pierwszy, przeżył szok. - Nie mogłem uwierzyć, że fani znali każde słowo naszych utworów i śpiewali razem z nami - mówi Vedder. Podczas następnej trasy koncertowej, w 2001 r., Pearl Jam zagrał w katowickim Spodku dwa koncerty dzień po dniu, co nie powtórzyło się w żadnym innym mieście podczas światowej trasy. Trasa ta była rejestrowana i wydano po niej specjalny zestaw płyt. I najlepiej na świecie sprzedawały się dwa koncerty nagrane w Spodku. W amerykańskich sklepach płytowych półki z koncertów Pearl Jam były podzielone na dwie kategorie: Polska i reszta świata. Kiedy ponad rok temu Metallica występowała w Chorzowie, w hołdzie dla polskiej publiczności zespół grał prawie półtorej godziny na bis. - Nie mogliśmy inaczej, bo polska publiczność po prostu nas rozbraja. Jest spontaniczna, reaguje tak żywiołowo, że nie można jej porównać z żadną inną, no, może tylko z japońską i meksykańską - mówi "Wprost" James Hetfield, lider Metalliki. Równie wysoko polską publiczność cenią muzycy z amerykańskiego zespołu Slipknot. Podczas światowego tournee tylko w Warszawie fani mogli się spotkać z zespołem poza koncertem. To była bezprecedensowa decyzja tej formacji, która słynie z niedopuszczania do siebie fanów. Ewenementem jest również to, że legendarny twórca muzyki elektronicznej Jean Michel Jarre zgodził się napisać specjalną suitę na obchody 25-lecia "Solidarności". - W 1997 r. publiczność reagowała wyśmienicie i nie wiem, czy na koncercie w Gdańsku można osiągnąć lepsze przyjęcie. Znając jednak Polaków, sądzę, że jest to możliwe -mówi "Wprost" Jarre. W czasach minionego ustroju do Polski nie przyjeżdżały znane grupy i artyści, bo nasz rynek nic dla nich nie znaczył. Zamiast gwiazd mieliśmy tandetne pseudosławy w rodzaju Limahla, Kajagoogoo czy Classics Nouveau. Poza Polską właściwie nikt o nich nie słyszał. - Prawda jest też taka, że padaliśmy na kolana przed fałszywymi idolami bądź artystami krajowymi, ponieważ rzadkością był występ wielkich gwiazd światowego formatu. Dlatego tych, którzy przyjeżdżali, docenialiśmy podwójnie i często na wyrost - wspomina Krzysztof Skiba z zespołu Big Cyc.

Ekstaza w kongresowej
Zakochane w naszej publiczności gwiazdy rocka nie tylko umieszczają Polskę w swych trasach koncertowych, ale też wydają zapisy tych koncertów na płytach. Część tych płyt jest uznawana za najlepsze w ich dorobku. Fish, legendarny wokalista zespołu Marillion, jedną ze swoich najlepszych płyt nazwał "Kraków" - upamiętniając w ten sposób świetny koncert w tym mieście. Fani grupy Deep Purple cenią płytę "Unreal... Live in Poland". Podobnie jest z wielbicielami zespołu Emerson, Lake & Palmer. Na dowód uznania dla polskiej publiczności wydali oni krążek "Live in Poland". Również zespół Kraftwerk, legenda muzyki elektronicznej, przyznaje, że w Polsce wychodzi im wszystko. Już w latach 80. nazwali jedną ze swoich płyt "Warsaw". Polska publiczność sprawia, że coraz więcej zespołów przyjeżdża do nas, by nagrać tu swoje DVD. Najczęściej te nagrania organizuje polska wytwórnia Metal Mind Productions, która w ostatnich pięciu latach zarejestrowała kilkanaście takich koncertów. Swoje najnowsze DVD rozpowszechniane na całym świecie w studiu na krakowskich Krzemionkach nagrał brytyjski zespół Anathema. Prawie całą ekipę producencką stanowili Polacy. Joanna Szyra z Metal Mind Productions twierdzi, że zarejestrowane w Polsce DVD należą do najlepiej się sprzedających. - Zdecydowałem się na nagranie w Polsce wideoklipu, bo na waszą publiczność można liczyć w 200 procentach - mówi "Wprost" Max Cavalera, wokalista i założyciel Soulfly. Wychwalana na konferencjach prasowych muzyków podczas światowych tras polska publiczność i atmosfera na koncertach przyciągają do naszego kraju publiczność z zagranicy. - Przyjeżdżam do Polski na koncerty, bo w Niemczech wszystko jest ułożone: ludzie skaczą jak pod dyktando, nawet aplauz jest jakiś sztuczny, wyreżyserowany - mówi Mathew Franke z Osna-brźck, który na koncertach znanych grup w Polsce był już dziesięć razy. Niedawno przyjechał na koncert legendarnej niemieckiej grupy Kraftwerk w warszawskiej Sali Kongresowej. - Klimat, jaki tam panował,przypominał religijne misterium, a utwór "Radioactivity", zadedykowany Marii Curie-Skłodowskiej, tak zelektryzował publiczność, że jeszcze długo po koncercie czułem ekstazę - opowiada "Wprost" Franke. - Żeby poczuć, czym jest prawdziwy koncert rockowy i co mogą z siebie dać muzycy, gdy mają przed sobą świetną publiczność, trzeba przyjechać do Polski - podsumowuje James Hetfield, lider Metalliki.

www.wprost.pl
Ciekawy artykuł .

Jak dla mnie IRYDION w tych klimatach był nie do pobicia , jednak wszystko się skończyło nim na dobre zaczęło . Dobrze że choć ta jedna płyta zobaczyła światło dzienne. Wklejam przedruk recenzji tej kapeli i płyty.

POSłUCHAJCIE - http://pl.youtube.com/watch?v=Lljt5R660UU

Irydion - Credo [2003]

"Credo" - debiutancki album zespołu Irydion, już po pierwszym przesłuchaniu zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Muzykę zespołu zalicza siędo tzw. nurtu rocka tożsamosciowego, ściślej jednak płyta utrzymana jest w klimatach heavymetal/trash, w większości z punkowo hardcore'owym wokalem.

Mimo, iz całość jest głównie taka, płyta jest jednak zróżnicowana muzycznie o wiele bardziej. Przykładem takiego utworu "Pieśń Konfederatów Barskich". Wszystkie utwory na płycie robią ogromne wrażenie, swoim niepowtarzalnym brzmieniem. Moim faworytem jest jednak ballada o bardzo osobistym charakterze "Tempus Maturum Mori". Pomimo tego, iż utwór urzymany w melancholijnym klimacie, to właśnie on sprawil, że zakochałam się w muzyce tego zespołu.

Teksty utworów głównie, są treści narodowo- chrześcijańskiej. Autor tekstów jest znakomitym obserwatorem, potrafiącym w interesujący sposób oraz bez przekłamań, przedstawić otaczającą nas rzeczywistość. Teksty opiewają tematy oczywiste, można by powiedzieć-banalne, jednakże za sprawą całego otoczenia - muzyki, tempa oraz głosu wokalisty nabierają nowego charakteru, stają się wyraźniejsze.Obecność automatu perkusyjnego, być może nadaje utworom momentami nieco mechaniczne brzmienie. Zwlaszcza w "Pieśni Konfederatów Barskich", gdzie wręcz wskazany jest perkusista z "krwi i kości" by w pełni oddać atmosferę tego utworu. Aczkolwiek perfekcja z jaką tworzą ci doswiadczeni muzycy przysłania wszelkie techniczne niedociagnięcia.

Moim zdaniem zespół Irydion, dzięki swym pomysłom, oraz umiejętnościom jest jedną z czolowych kapel narodowej sceny.
Album "Credo" jest jak najbardziej godny polecenia. W mojej ocenie uzyskał maksymalną ilosć punktów mozliwych do zdobycia.

zrodlo: www.nacjonalista.pl

Link dla chcących wiedzieć coś więcej. http://www.phalanx.pl/inf...-prowokuje//55/

Drugą taką kpelą na pewno był SZWADRON 97 http://pl.youtube.com/wat...feature=related

Trzecią kapelą z tych klimatów to arcymistrzostwo w wykonaniu LEGIONU.

Posłuchajcie sami - http://pl.youtube.com/watch?v=SqlznIT4tFA


Z Tomkiem.

Gdzieś kiedyś, kto był ten wie.

Zamieszczam ciekawy artykuł na temat LEGIONU.

Wprowadzenie
Wrocławski zespół Legion to już legenda polskiej sceny Oi. Melodyjne , ekspresyjnie zagrane utwory z doskonałymi, patriotycznymi tekstami sprawiły , że od wielu lat wiedzie prym w tym gatunku muzycznym. W przeciwieństwie do wielu innych zespołów grających tego typu muzykę, które pobłądziły gdzieś w meandrach robotniczo-neonazistowsko-neopogańskiej filozofii (vide: Honor) , Legion potrafi zaproponować słuchaczowi jasną i spójną wizję otaczającego nas świata. Bóg, Honor i Ojczyzna - te trzy słowa stanowią o jego sile, dzięki której nawet, gdy śpiewa o rzeczach smutnych i gorzkich, to w jego słowach zawsze jest Nadzieja: na wolność dla Polski, dla Narodu od jego słabości i wad, na to, że:

"noc przeminie,
wstanie dzień
ten jedyny
w całym świecie...".

I właśnie ta Nadzieja odróżnia Legion od rozmitych pop-gwiazd lansowanych z uporem przez media oraz od narodowo-socjalistycznych zespołów typu "Sztormu 68", "Konkwisty 88" czy "Honoru", które potrafią nawoływać tylko do robotniczych buntów i nienawiści do wszystkego dookoła. Legion to pozytywna propozycja dla tych wszystkich, którzy szukają dynamicznej muzyki "rockowej w formie i patriotycznej w treści".

Jeżeli więc kolejny raz Usłyszałeś, że:
Polacy są winni holocaustowi
powinniśmy "iść do Europy"
Polska musi zapłacić kolejny raz haracz Rosji za uwięziony statek
Polska powinna przekazać oszczędności zmarłego w 1942r Mietka Mincberga na rzecz jednej z organizacji żydowskich, bo jego nazwisko kończy się na "-berg"
Polacy są nietolerancyjni
w Narodzie panuje ksenofobia podsycana przez kler
należy "unowocześnić" i zdemokratyzować" Kościół Katolicki
trzeba "szanować i zrozumieć postępowanie" zboczeńców
religia jest prywatną sprawą każdego człowieka, toteż nie może być publicznie manifestowana
"należy chronić dzieci przed indoktrynacją religijną w przedszkolach"
aborcja to wyzwolenie kobiety, a nie morderstwo
państwo/urzędnik wie lepiej
demokracja jest najlepsza
premier się stara ... ( tu Wstaw cel bezowocnych starań )
stopień wzrostu przestępczo2ci spada
kara śmierci jest niemoralna/nieskuteczna
to nie przestępca, ale środowisko jest winne (tzn. Ty też !)
artysta X apeluje o uprawianie "bezpiecznego seksu"
AIDS jest mało zaraźliwe
"skrajna prawica obchodziła wczoraj więto Niepodległości" i nie dała się pobić przez pokojową demonstrację prowadzoną przez jeden z "moralnych autorytetów"
... itp.
lub jeli właśnie w TV Zobaczyłeś jak:
Olin całuje się z Minimem, a Minim z Katem
prześladowani homoseksualiści znowu protestują
sąd umorzył kolejną sprawę przeciwko J. Urbanowi
powinien wyglądać postępowy ksiądz wg.X-a
ks. tow. Tischner znowu poucza Episkopat
premier bawi się z dziećmi, a na południu Polski szaleje powódź
Gołodko promuje swą nową powieść SF "Strategia 2000"
...a rząd wdraża w życie plan "Odyseja kosmiczna 2001"
w Rosji "Stalin wiecznie żywy"
kolejny raz "prawicowe bojówki Ligi Republikańskiej" usiłowały dostać się na spotkanie z JE A. Kwaśniewskim po trupie tow. Dziewulskiego.
minister kultury i sztuki spotyka się z Czapskim.
i Poczułeś w sercu ukłucie irytacji lub wciekłości to najwyższy czas abyś sięgnął po Legion !
Legion jest obecnie najlepszym zespołem w Polsce grającym muzykę Oi. Cięte agresywne teksty i niebanalne, wpadające w ucho aranżacje zjednały sobie wielu zwolenników rekrutujących się nie tylko z szeregów tzw. "skrajnej prawicy" Nie jest to bowiem zespół, który pobłądził gdzieś w zakamarkach ludzkiej egzystencji skąd wydobywa na światło dzienne wszelakie brudy i perwersyjnie epatuje słuchaczy cierpiętniczymi tekstami. Twórczość Legionu jest wyzwaniem rzuconym "cywilizacji śmierci", a w szczególności tzw. "siłom postępu" i ich politycznej poprawności. Słowa takie jak : Bóg, Honor, Ojczyzna, Naród , tak ośmieszane i znienawidzone przez "towarzyszy europejczyków" i innych "ludzi rozumnych" tu nabierają ponownie blasku i mocy. Historia i tradycja nie są dla niego kolejnym obciążeniem, od którego należy się uwolnić za wszelką cenę, lecz tym o czym należy pamiętać i pielęgnować ku chwale Najjaniejszej Rzeczpospolitej oraz przekazywać następnym pokoleniom. Legion to zespół konserwatywny (nie mylić z pojęciem wsteczny) - nie zamyka się w przeszłości, ale w oparciu o historię i tradycję kształtuje teraźniejszoć i wpływa na przyszłość.

Zespoły należące do nurtu R.A.C. (Rock Against Comunism), N.S.R. (Narodowej Sceny Rockowej) oraz Oi nigdy nie gościły w szerzej dostępnych mediach. Owszem : od czasu do czesu w prasie i TV pojawiają się artykuły alarmujące o wzmożonej aktywności tzw. "sił skrajnej prawicy", informujące na marginesie o jakichś grupach muzycznych.

Legion a tzw. "media"
Legion nigdy nie był obecny w tzw. mass-mediach. Spowodowane to było jego "innością" w porównaniu do grup tradycyjnie obecnych w TV i radiu, gdzie przypięto mu łatę faszystowsko-nacjonalisycznego reprezentanta tzw. "skrajnej prawicy". ... i właśnie jako taki zabrzmiał podczas wydania "Pulsu dnia" omawiającego "starcia manifestacji antyfaszystowskiej" (prowadzonej przez wyraźnie podchmielonego J.Kuronia) z policją 11 XI 1996 r. Żeński głos towarzyszący relacji z marszu antyfaszystowskiego autorytatywnie wyjaśniał, że "kasety z nagraniami zespołów neofaszystowskich (?!) można kupić nieomal w każdym kiosku", co zostało zilustrowane dźwiękowym "przykładem". Z głośnika widz został porażony gitarową kakofonią kończącą się złowrogim odgłosem podkutych butów na ulicznym bruku - ... i tym sposobem Legion niejawnie trafił "pod strzechy". Niejawnie, gdyż to co zaprezentowano było ... kompilacją trzech utworów ("Sarmatów", "Trzeciej drogi" i "My, nowe pokolenie !") w papkę mającą udowodnić, że w Polsce "panoszy się faszyzm". W ten sam sposób, poprzez odpowiednie zmiksowanie piosenek możnaby udowodnić np.: antysemityzm w twórczości p. Ewy Bem oraz antypolonizm zespołu Varius Manx. Wiadomo: już sprawa "WC Kwadransa" pokazała reżimowy charakter Telewizji Polskiej S.A. O wybitych szybach w warszawskich burżuazyjnych sklepach przez antyfaszystów niewiele mówiono - pewnie zostały wybite w imię postępu.

Znacznie lepiej Legion został potraktowany przez p. Ewę Wilk w książce "Krucjata łysogłowych", gdzie na tematy polityczne i muzyczne wypowiada się min. wokalista "Legionu" Tomasz Kostyła. Pozycja ta zawiera również recenzję pierwszej płyty Legionu ("Lata walk ulicznych") - niestety mocno poprawną politycznie: autorka podśmiewa się ze "Sztandaru" , "O.N.R.-u", a szczególnie z "To jest mój kraj". Wiele zarzucić można tej płycie, ale akurat te utwory są na niej najlepsze . Ignorancja ? Głupota ? A może poprawność polityczna (co zarzucił autorce Stanisław Michalkiewicz w książce "Ulubiony ustrój Pana Boga" ). Kto wie ...
Wzmianki o Legionie pojawiają się czasami na łamach czasopism prawicowych np.: "Bastionu" (w nim publikuje czasami lider zespołu), "Gazety Polskiej" , oraz licznych zinów, które dość zgodnie uważają go za najlepszy polski zespół nurtu narodowo-katolickiego. itp.

... 30 tysięcy !
Zespół już od kilku lat nie istnieje a mimo to wciąż wzbudza spory popłoch wśród wszelkiej maści postepaków i działaczy antyfaszystowskich. Pozwolę tu sobie zacytować samego Krzysztofa Skibę, który w wakacyjnym wydaniu "Nigdy Więcej" napisał te oto słowa:

(...) Grupy faszystowskie typu Legion spokojnie mogą utrzymywać się ze swojej muzyki (czego nie można powiedzieć o wielu punkowych i innych grupach sceny tzw. niezależnej - te raczej dokładają do swojej twórczości). Kasety Legionu sprzedają się w nakładach ok. 30 tys. egzemplarzy. Jak na podziemne czy nawet półpodziemne wydawnictwo jest to bardzo dużo. Dla porównania można podać liczby sprzedaży znanych wykonawców sceny pop. Na przykład nachalnie lansowana w mediach Anna Maria Jopek nie sprzedała w pół roku nawet 20 tys. egz. swojej debiutanckiej płyty. Jeżeli niefunkcjonujący w telewizji i radiu faszystowski Legion sprzedaje więcej niż niektórzy popowi jeźdźcy z dużych wytwórni, to świadczyć to może tylko o dobrym popycie na tego typu twórczość i dobrze zorganizowanej sieci dystrybucji i sprzedaży. (...)
Niestety jest to jedyny budujący fragment "NW" - ale za to jak bardzo ! 30 tysięcy ! Razy 2 (bo tyle osób korzysta przeciętnie z jednej kasety) daje ... Ale armia !
Pan K. Skiba wyraźnie zazdrości Legionowi, z tąd pewnie przypina mu faszystowską łatkę. Swoją drogą jestem ciekaw czy p. K. Skiba rozumie co mówi tzn. czy zna definicję faszyzmu - no ale czegóż wymagać od artysty, którego "tfurczość" ogranicza się do epatowania słuchacza hasłami typu "Nałóż gumę na instrument" oraz widokiem zakonnicy modlącej się do prezerwatyw. Doprawdy, to jest sztuka ! Przy okazji dostało się p. A.M. Jopek, która w odróżnieniu do p. Skiby potrafi śpiewać i to całkiem nieźle. ... A Legionowi i tysiąc Skibów nie dorówna !
Skład
Postacią spajającą zespół był niewątpliwie wokalista i autor większości tekstów Tomasz Kostyła, student prawa, absolwent sześciu klas szkoły muzycznej. Jednak jego działalność nie ograniczała się do kręgu funkcjonowania Legionu. Był aktywnym członkiem NOP-u a potem (obecnie ?) Stronnictwa Narodowego "Szczerbiec", publikował min. w "Głosie Narodu" (organ SN "S") i w Bastionie (Młodzież Wszechpolska, SN). Tematy przez niego poruszane (przynajmniej te z artykółów ,do których miałem dostęp) związane są głównie z polityką i z Wiarą Katolicką, której jest gorącym orędownikiem (patrz np. "Dlaczego wierzyć ?" w Bastionie nr 26-27 z 1997r). Przez długi okres czasu był (nie wiem czy jeszcze jest, najprawdopodobniej tak) zwolennikiem tradycjonalizmu w Kościele Katolickim, co było widoczne w jego poparciu dla "Bractwa św Piusa X" - brał udział w pielgrzymce tradycjonalistów z Chartres do Paryża latem 1992 r.

"... Kilkutysięczny pochód. Morze głów, las chorągwi i transparentów. Skauci w różnym wieku, organizacje społeczne, słuchacze szkół katolickich, działacze narodowi, a przede wszystkim dzieci, dzieci i dzieci ... nadzieja dla Francji , dla Europy wielka szansa na odrodzenie w Chrystusie ..."

...Coraz częściej zdarzają się niekorzystne dla Kościoła rozstrzygnięcia , jak choćby sprawa karmelitanek. [chodzi o słynne protesty rabina Weissa - przyp R.O.] Ale ja myślę, że jeśli Bóg dpouszcza zło, to żeby dobro z niego większe wyciągnąć...
fragmenty wypowiedzi T.Kostyły z książki Ewy Wilk : "Krucjata łysogłowych" (str. 81-82)

"... Człowiek jest z samej natury istotą wierzącą . Nigdy, przenigdy nie stanie się ateistą . Jeśli nie ma u niego Boga, to znajdzie się horoskop, jeśli nie wróżka to 13 piątek, jeśli nie to - może być czarny kot przebiegający przez jezdnię . Człowiek pozbawiony wiary w Boga wiarzy we wszystko inne, w co można uwierzyć . Lecz czym jest takowa Wiara, jeśli nie workiem pełnym sprzeczności i niepokoju ? ..."
T. Kostyła: "Dlaczego wierzyć ?" Bastion 26-27 1997 r.

Zaskakujący komentarz Skiby (dot. hymnu) sprzed prawie 3 lat:

Skibą w mur - Gwałcenie starego
Tygodnik "Wprost", Nr 1020 (16 czerwca 2002)

Gdyby to Polska wygrała z Koreą 2:0, problem interpretacji hymnu w ogóle by nie zaistniał. A tak Engel zawinił, Górniakową powiesili

Krzysztof Skiba

Śpiewanie ma to do siebie, że czasem łączy się z gwałceniem. Dla jednych jest to miła, dla innych okropna okoliczność. Gwałcić można na wiele sposobów. Zwykle gwałci się indywidualnie lub zbiorowo. Gwałt zbiorowy - mimo że ciekawszy wizualnie - uznawany jest za większe wykroczenie przeciw normom niż gwałt indywidualny. Śpiewy na stadionie w czasie meczu to gwałt zbiorowy na uszach. Gwałcić można wiele rzeczy. Jedni gwałcą przepisy ruchu drogowego, inni prawo lokalowe. Dewianci i psychole, których starsze dziewczynki biły w przedszkolu, uwielbiają gwałcić kobiety, a artyści specjalizują się w gwałceniu tradycji. O ile bez gwałcenia kobiet świat mógłby się obejść, o tyle bez gwałcenia tradycji raczej nie.
Cała historia sztuki polega na gwałceniu starych kanonów. Poza sztuką rzadko ktoś gwałci coś starego. W świecie prowokacji artystycznych gwałcenie starego jest natomiast obowiązkiem. Wszyscy wielcy artyści zmieniali lub całkowicie odrzucali to, co było wcześniej normą. Wszyscy reformatorzy sztuki buntowali się przeciwko obowiązującym stylom i konwencjom. Impresjoniści, surrealiści, dadaiści mieli w dupie akademickie świętości. Na gruzach zgwałconej tradycji zbudowali swój świat. Z czasem sami stali się nudnymi jak zupa mleczna klasykami, bo taka jest kolej rzeczy.
Przed meczem Polski z Koreą Edyta Górniak zgwałciła tradycję śpiewania Mazurka Dąbrowskiego. Prześliczna wokalistka zaśpiewała "Jeszcze Polska" po swojemu, wnosząc powiew oryginalności. Spotkało się to z oburzeniem wielu kibiców przyzwyczajonych do stadionowej wersji naszego hymnu. Większość Polaków śpiewa mazurka po pijaku. Na trzeźwo nikt przecież hymnu na głos nie zaśpiewa, bo wezmą go za wariata. Zdaniem historyków, ostatnie trzeźwe wykonania mazurka zdarzały się prawdopodobnie w stanie wojennym. To było dawno, a na dodatek ZOMO napieprzało z petard, zagłuszając śpiewy, więc mało kto te wersje kojarzy. Wszystkim natomiast bliskie są ryczące wersje stadionowe. Na stadionach większość fałszuje, bo ciężko jest śpiewać w podnieconym tłumie, więc gdy Górniak zaśpiewała hymn bez fałszów i ponurej, marszowej interpretacji, wielu osłupiało. PZPN wydał nawet oświadczenie, w którym wyraża zdziwienie sposobem wykonania hymnu. Są tacy, którzy zastanawiają się, czy nie podać piosenkarki do sądu za obrazę symboli narodowych. Jeszcze trochę, a Hajto z Kałużnym oskarżą ją o przegranie meczu z Koreą.
Rozumiem, że być może kibicom i drużynie potrzebne było bardziej bojowe wykonanie hymnu. Na mecz zaproszono jednak Górniak, a ona zaśpiewała po swojemu. Mnie jej wersja podobała się bardziej od tych, które znam z festynów strażackich i dętych akademii na placu Zwycięstwa. Wolę też, gdy polski hymn śpiewa ładna kobieta, a nie spocony, gruby tenor. Po klęsce z Koreą wszyscy szukają winnego. Gdyby to Polska wygrała 2:0, problem interpretacji mazurka w ogóle by się w mediach nie pojawił. Drużynie Engela przeszkadzał klimat, stronniczy sędzia, wiwatujące na cześć Koreańczyków tłumy kibiców. No i oczywiście Górniak, która załatwiła chłopaków swym słowiczym śpiewem, zamiast zawyć hymn, jak to jest w tradycji. Niestety, ja widziałem, że naszym chłopcom przeszkadzała w grze piłka kopana przez skośnookich do naszej bramki.
Piosenkarka wyznała kiedyś w wywiadzie radiowym, że dwa tygodnie przed koncertem nie uprawia seksu w trosce o swe gardło i głos. Biedna dziewczyna! Takie poświęcenie. Od dwóch tygodni nie może uprawiać seksu, żeby ładnie zaśpiewać w Korei, a tu taka nagonka. No cóż... w życiu jak w basenie, możesz zgubić uzębienie. Engel zawinił, Górniakową powiesili.


I "trochę" nowsze, nie tylko o Edycie:

Skibą w mur - Lato zmęczonych
Tygodnik "Wprost", Nr 1131 (01 sierpnia 2004)

W tym sezonie, aby być modnym i atrakcyjnym, trzeba być zmęczonym

Krzysztof Skiba

Reklamy wakacyjne pokazują nam uśmiechniętych i radosnych ludzi, którzy cieszą się z byle czego, czyli na przykład z kremu do opalania, loda na patyku czy nowej taryfy w sieci. Z każdej sekundy reklamy bije optymizm i chęć życia. Wszystko to w poetyce wakacji, czyli wiadomo - słońce, plaża i przygoda. Producenci reklam naiwnie sądzą, że sztuczna radocha z reklamy przeniesie się na żywą radochę u klientów. To straszliwy błąd, bo w tym sezonie na topie nie jest głupkowata radość, tylko zmęczenie.
Zmęczenie stało się absolutnym hitem wakacji. Żeby być modnym i atrakcyjnym, trzeba być zmęczonym. Modę zainicjowali artyści, którzy odkryli, że lepiej być zmęczonym niż radosnym. Okazuje się, że osoba zmęczona, rozczarowana do własnej kariery i życia, wkurzona na otoczenie, obrażona na fanów i dziennikarzy jest bardziej atrakcyjna medialnie. Media nie interesują się już zadowolonymi z siebie gwiazdami tryskającymi optymizmem i odnoszącymi sukcesy. Teraz im większa kicha, żałość i smutek - tym lepiej. Osoba pokłócona z całym światem owiana jest mgłą wewnętrznego dramatu. Im kto ma większe pretensje do świata i ludzi - tym lepiej. Artysta taki uchodzi za męczennika układów i kontraktów, bohatera estrady, który o coś walczył, coś chciał osiągnąć, ale przegrał, bo zły świat i wredni ludzie wypięli się na niego.
W związku z panującą modą na zmęczenie mamy wprost epidemię zmęczonych. Pierwszy zmęczył się Michał Wiśniewski, który oświadczył, że rozwiązuje zespół, kończy karierę i wyjeżdża z kraju. Kolejna zmęczona występami to Edyta Górniak, która ogłosiła oficjalnie, że nie chce już śpiewać. Edyta za wszystkie swoje nieszczęścia obwinia media. Przy okazji pożegnania ta elegancka dama ujawniła, że potrafi rzucać mięsem lepiej niż niejeden stary punk czy młody hiphopowiec. Do zmęczonych dołączył też Romuald Lipko z Budki Suflera, który nie wyklucza zakończenia kariery i przebąkuje coś o uśmierceniu swego słynnego zespołu. Zmęczony jest także (zwykle optymistyczny i dowcipny) Muniek Staszczyk z T. Love, który rozpowszechnia informacje, że stracił już serce do grania. Jak tak dalej pójdzie, czeka nas istny estradowy pogrom.
Każdy ma oczywiście prawo przestać występować, kiedy chce. Zmęczenie to jednak przemyślana strategia i dobry patent na zainteresowanie publiczności własną osobą. Publiczność, sama już pewnie trochę zmęczona gwiazdami, chętniej utożsami się ze zmęczonymi i cierpiącymi niż z zadowolonymi z siebie i uśmiechniętymi kretynami. Zmęczenie nadaje artyście ludzkie cechy. Co więcej, zmęczenie staje się nagle czymś w rodzaju szlachetnego protestu. Zmęczenie jako bunt. Odchodzę, bo (w podtekście) nie zgadzam się na ten wasz zakłamany i zepsuty świat. "Patrzcie, nawet on się wkurzył!" - powiedzą wierni fani. "Nie chce brać dalej udziału w tym bagnie, oto szlachetna postawa" - pomyślą ogłupiali krytycy muzyczni.
Jestem w stanie uwierzyć w zmęczenie lidera wiekowej Budki Suflera. Ten miał prawo się zmęczyć i nie dziwię się, że nie kręcą go już długie i męczące trasy koncertowe od Lublina po Zakopane. Co innego wściekła na media Edyta, która ma zaledwie 32 lata. Czym ona biedna mogła się zmęczyć? Napastliwymi kpinami prasy? Bankietami? Graniem raz na miesiąc (albo rzadziej) koncertu? Tego samego dnia, gdy Edyta obwieściła światu swoje zmęczenie, przyjechał do Polski Ray Manzarek z reaktywowanym The Doors. Pan Manzarek ma 67 lat i nie jest zmęczony. Jeszcze chce trochę pograć, o co wszyscy mają do niego pretensje. W Rolling Stones chłopaki są po sześćdziesiątce, ale nikt nie bredzi o zmęczeniu, a ekipa napieprza koncerty tak, że z radości aż iskry z lecą. Ci dopiero mieli przygody! Skandale, narkotyki, bijatyki, ataki prasy i policja na głowie. Wszyscy wielcy starzy rockowcy i jazzmeni grali i grają, aż im pikawa nie strzeli na scenie. Miesiąc temu 84-letni Franciszek Walicki, zwany ojcem chrzestnym polskiego rocka, pierwszy menedżer Czesława Niemena, zorganizował w Gdyni ciekawą wystawę "Gdynia - Rock n' Roll - Niemen". Zasłużony Budowniczy Rocka nie jest zmęczony i chce mu się jeszcze organizować wystawy. Dożyliśmy czasów, w których emeryci mają power nastolatków, a młodzi czują się zmęczonymi emerytami.
Żal trochę, że epidemia zmęczenia nie rusza jakoś naszych polityków. Jakie byłoby to miłe, gdyby na przykład Andrzej Lepper na swojej stronie internetowej ogłosił, iż tak się zmęczył i rozczarował Polakami, że rzuca politykę w cholerę i wraca do dojenia krów, u których przecież z pewnością znajdzie więcej zrozumienia.

Tegoroczna ,,Rock - Arena" zdecydowanie udana:

Legenda powróciła na arenę

Dwudziestu jeden mgnień wiosny potrzebował legendarny, poznański festiwal ,,Rock – Arena”, by powrócić do istnienia. Minionej nocy wysłuchaliśmy znakomitych koncertów kilku legend polskiego rocka.

Festiwal ,,Rock – Arena” odbywał się w Poznaniu w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych; ostatni raz w roku 1985. Występujące tam zespoły prezentowały najróżniejsze nurty rodzimego i zagranicznego rocka. Mieliśmy więc tuzów metalu z Polski (TSA) i Danii (Pretty Maids), zbuntowanych punkrockowców (Dezerter), czy przedstawicieli nowej fali (Republika, Aya RL).

Znów zabierają nam wolność
Wbrew pozorom w miniony piątek wieczorem w poznańskiej ,,Arenie” nie przeważali sentymentalni czterdziestolatkowie, lecz ludzie bardzo młodzi, po prawdzie wyglądem nie aż tak wiele różniący się od swoich rodziców sprzed dwudziestu laty. Niestety, nie można powiedzieć, żeby ,,Arena” pękała w szwach; przyszło co najwyżej dwa tysiące ludzi.

Koncerty gwiazd rozpoczęła Kobranocka, serwująca zdecydowanie ciężki rockandroll. Zespół powrócił już na polską scenę muzyczną w zeszłym roku przy okazji wskrzeszenia innego, legendarnego festiwalu – Jarocina. I był to powrót w niezłym stylu, a w dodatku przeboje sprzed lat były zdecydowanie dobrze przyjmowane przez młodą publiczność.

Mnie się najbardziej podobał pierwszy chyba hicior grupy - ,,I nikomu nie wolno się z tego śmiać”, jednakże największą owację wzbudziła sentymentalna piosenka ,,Kocham cię jak Irlandię”. I to pomimo, że znacznie bardziej aktualnie zabrzmiała ,,Hippisówka” - ,,(...)I znów zabierają nam młodość, i znów zabierają nam wolność(...)”. Widmo polityki miało zresztą krążyć nad ,,Areną” jeszcze kilkakrotnie.

Kaczor, coś ty zrobił?
Brygada Kryzys, grająca zaraz po Kobranocce, wykonała m.in. swój sztandarowy utwór ,,Nie wierzę politykom”, występujący gościnnie z Habakukiem Muniek Staszczyk ostrzegał przed LPR-em, zaś wokalista Dżemu Maciej Balcar zażartował, że utwór ,,Kaczor, coś ty zrobił” traktuje o obecnym prezydencie.

Najważniejsza była jednak muzyka. Ciepło przez publiczność zostały przyjęte reggae’owo – punkowe rytmy Brygady Kryzys, wykonane wszak przez nienajmłodszych już muzyków. Szkoda tylko, że artyści zlekceważyli tęże publiczność, domagającą się bisów.

Ciekawym wydarzeniem w trakcie koncertu Brygady był niespodziewany występ anonimowego punka, który wdarł się na scenę, chwycił mikrofon, pozdrowił muzyków i poinformował wszystkich, że na zewnątrz gmachu trwa policyjna obława na rockfanów. Zaś po swym krótkim przemówieniu wykonał efektowny skok na barierkę i zniknął w gęstym tłumie.

Urodzony dla reggae
Jeżeli weterani z Brygady Kryzys zostali przyjęci ciepło, to ,,młodzież” z częstochowskiego Habakuka – wręcz gorąco. Najwyraźniej klasyczne, taneczne reggae to jest coś, co polska młodzież lubi najbardziej. Zresztą i ja sam, choć najnowszą płytę zespołu określiłbym jako ,,ładną, ale mało odkrywczą”, muszę przyznać, że w warunkach koncertowych muzycy ,,ze świętego miasta” sprawdzają się bardzo dobrze. Zaryzykuję nawet twierdzenie, że wypadli najlepiej podczas całej imprezy w poznańskiej ,,Arenie”.

Wybornym pomysłem było też zaproszenie do wspólnego koncertowania ,,swojego zioma z Częstochowy”, czyli Muńka Staszczyka. Muniek wydaje się wprost urodzony do śpiewania reggae, czemu i dziwić się nie należy, zważywszy, że jamajskie rytmy pobrzmiewają czasem i w dokonaniach grupy T. Love.

Uwieńczeniem festiwalu w ,,Arenie” były recitale dwóch polskich megagwiazd, czy Dżemu i Kultu. Przyznam, że tak jak Dżem z Ryszardem Riedlem słyszałem na żywo razy kilkanaście, tak zespół już bez swojego charyzmatycznego lidera miałem sposobność usłyszeć dopiero po raz drugi. Może to i lepiej, bo większą uwagę zwróciłem na dokonania instrumentalistów, zwłaszcza wybitnego gitarzysty Jerzego Styczyńskiego, który rzeźbi na wiośle nie gorzej niż Fidiasz w marmurze.

Kazik bez kul
Natomiast obecny wokalista Maciej Balcar z pewnością nie jest postacią na miarę swojego wielkiego poprzednika, choć śpiewa dobrze, a jego hippiesowskiemu emploi nie mam nic do zarzucenia. Tak, czy inaczej cieszę się, że Dżem, pomimo dwóch tragedii, które dotknęły zespół, nie pomyślał o zakończeniu działalności. Cieszę się, że nadal mogę usłyszeć na żywo ,,Cegłę”, ,,Powiał boczny wiatr”, czy ,,W życiu piękne są tylko chwile”. Dzięki temu i moje chwile w życiu są piękne.

Kult w ośmioosobowym składzie to prawdziwa potęga i nie dziwię się organizatorom, że to właśnie tej kapeli przypadł zaszczyt zamknięcia tegorocznej ,,Rock - Areny”. Sekcja dęta grzmiała jak huragan, podczas gdy biegający po scenie Kazik wyśpiewywał kolejne przeboje – nie tylko z najnowszego krążka ,,Poligono Industrial” (,,Kocham cię, a miłością swą”, ,,Pot i kreff”), ale i z płyt starszych (,,Brooklyńska Rada Żydów”, ,,Ręce do góry, ,,Baranek” i ,,Celina”). Doprawdy, trudno się zgodzić z Krzysztofem Skibą, który smęcił, że Kazik to już starzec, który ,,na scenę powinien wchodzić o kulach”. Dałby Bóg każdemu taki rockandrollowy wiek średni.

Możecie też zajrzeć tu:

http://poznan.aglomeracja.pl/index.php?option=com_content&task=view&id =643&Itemid=2